Kiedy byłam mała, na piętrze pod nami mieszkała pani T. Odwiedziła nas jakoś na samym początku, niedługo po naszej przeprowadzce. Z tego co pamiętam (moja lekko plotkarska natura już wtedy dawała o sobie znać – gdy ktoś odwiedzał rodziców, bezwiednie chyba podsłuchiwałam za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju), powołała się na znajomość z całym szeregiem kobiet z rodziny matki, ze szczególnym uwzględnieniem babci. Zażyła niegdyś znajomość miała być wsparciem w kwestii, która ją do nas przywiodła – pani T. chciała pożyczyć pieniądze. Matka nie śmiała odmówić i tak już zostało – sąsiadka z parteru odwiedzała nas regularnie, bez wielkich oporów prosząc o kolejne sumy.
W zasadzie nie był to jakiś wielki problem – zawsze chodziło o kilka najwyżej złotych. Tyle, że było to uciążliwe. Nie mam pojęcia, czy pani T. oddawała swoje długi. Tak naprawdę pamiętam głównie “mam do pani taką prośbę…”.
Pewnego dnia odwiedziła nas inna sąsiadka, mieszkająca na tym samym do my piętrze. Pani K. była, jak mi się wtedy zdawało, niesamowicie stara (i wciąż żyje, kiedy odwiedzam moich rodziców, widzę ją idącą pod rękę z którąś z młodszych pań, zazwyczaj również bardzo starą) i wiedziała wszystko o wszystkich. W związku z tym przyszła poinformować moją matkę o tym, co wszyscy tak naprawdę wiedzieliśmy: że drobne, które pożyczamy pani T., nie mają tak naprawdę pomóc jej w opłaceniu drobych rachunków, ale w uzupełnić brakującą sumę do zakupu kolejnej porcji taniego alkoholu. Nie wiem tak do końca, dlaczego akurat wtedy rodzice stanowczo zerwali kontakty z panią T. Zawsze przedstawiali się jako ludzie, którzy opinię publiczną mają gdzieś.
Pani T. już nie żyje. Zginęła jakieś dziesięć lat temu w wypadku samochodowym. Byłam wtedy na wakacjach. Kiedy wróciłam, matka opowiedziała mi o tragedii jak o prawdziwej sensacji, której bardzo ważnym elementem było to, że podczas wypadku ciało pani T. rozerwało się na dwie części. Miałam potem doła większego niż po śmierci kolegi z klasy, który zginął w te same wakacje. Jego śmierci nie towarzyszyły żadne upiorne wizualizacje, może to dlatego?
Ale nie tylko z tym kojarzy mi się pani T. Był jeszcze drewniany domek.
Przyniosła go któregoś wieczoru i wręczyła mojemu ojcu, usprawiedliwiając się z jakiegoś nieuregulowanego długu. Ojciec był pod wrażeniem tego, co dostał: domek był zrobiony z zapałek, miał spadzisty dach, drzwi i okna. Szyb nie było, ale okna wyposażone były w miniaturowe zasłonki. Domek bardzo mi się spodobał i po cichu liczyłam na to, że go dostanę. Nie udało się jednak: matka była na ojca wściekła za to, że przyjął podarunek, a zapałkowy dom wylądował hen, wysoko, aż na kuchennych wiszących szafkach. Lubiłam czasami stawać na taborecie, a potem na palcach i oglądać go z trochę bliższej perspektywy. Pewnego dnia po prostu zniknął, a ja bałam się zapytać, co się z nim stało.
Tak mi się przypomniało podczas dłubania koralików.