Kanały:
Wpisy
Komentarze

Zmiany

W nawiazaniu do ostatniej notki, ktora popelnilam juz jakis czas temu: aktualnie nie pakuje sie w klopoty. Jestem juz w nie wpakowana.

I wiecie co? Patrze na siebie i jestem w szoku. W ciagu ostatnich miesiecy, lat, zrobilo sie ze mna cos niedobrego. Skad wzielo sie tyle cynizmu, kpiny? Oraz: skad tyle strachu przed rzeczami, ktore sa przeciez naturalne dla kazdego czlowieka?…

Probuje skladac to wszystko w jeden kawalek, szczery, pozbawiony wszechobecnej ironii. Probuje nie reagowac alergicznie na to, na co nie powinnam. Rany, jakimś cudem udało mi się doprowadzić do tego, że wpadam w panikę na samą myśl o tym, że facet miałby odprowadzać mnie do domu. Wczoraj wpadłam w panikę na wieść, że moje zdjęcie znajduje się na wyświetlaczu czyjegoś telefonu. Moja obsesja na punkcie niezależności sięgnęła zenitu.

Zabawne, że wszystkie te zmiany przyszły akurat wtedy, gdy D. postanowił zerwać ze mną kontakt. Aktualnie kontakt już mamy, urywany i nie jakiś zażyły. Ale w ciągu tamtych dni, kiedy nie mieliśmy ze sobą w ogóle do czynienia, a ja nagle musiałam zacząć sobie sama radzić z najbardziej banalnym problemem na komputerze, zmieniło się cholernie dużo. Tak jakbym zaczęła naprawdę radzić sobie ze wszystkim sama. Może dlatego, że zmuszona?

Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie panowałam w takim stopniu nad swoim życiem. No i… nadrabiam zaległości.

Kłopoty

Tak jakby ktoś pytał, co u mnie słychać, to pakuję się właśnie w kłopoty.
Czyli norma.

A, i lubię swoję pracę.

Dziękuję za uwagę.

Umieram.

Dobra, mam dość. Źle się czuję, ale wizja leżenia w łóżku mnie przeraża. Spędziłam tu dwa ostatnie wieczoru, szczelnie przykryta, oddając się wirtualnym rozmowom (bo na książkę mam zbyt ciężkie myślenie). Dopytywana tu i ówdzie o to jak się czuję, czy na pewno mam jakieś lekarstwa i czy na pewno nie marznę, nie mogłam oprzeć się postępującemu i tak wrażeniu, że świat ma mnie w głębokiej dupie.

Umrę sobie tu i będzie spokój. O.

K.

Czasami mam taki problem, że chciałabym tu napisać o różnych ludziach i sytuacjach z mojego życia codziennego, ale mam problem z… imionami. Nagle mam wokół siebie piekielnie dużo nowych ludzi, którym należałoby powymyślać jakieś blogowe ksywki. Z inicjałami nie da rady, bo większość z nich ma imię zaczynające się na K., M. albo D. Otacza mnie też jakaś niesamowita ilość Tomków, ale na szczęście każdy z nich jest od czego innego, więc da się ich podzielić na kategorie. Tak czy siak spróbuję coś wykombiniwać, tak żeby samej się w tym nie pogubić.

Pracuje u nas np. K. K. jest strasznie fajną dziewczyną, z którą mam wspólne wstydliwewyznania. Potrafi się spóźnić półtorej godziny do pracy i robi to w naprawdę przeuroczy sposób. K. dość często opowiada o kimś, kto nazywa się “Szmata”. Najpierw myślałam, że chodzi o jakieś zwierzątko, bo opowiadała o tej Szmacie w taki miły sposób. Ponieważ K. ma królika płci żeńskiej, więc o takie skojarzenie było łatwo, choć przyznacie, że “Szmata” to dość dziwne imię dla królika.
Po jakimś czasie zorientowałam się, że Szmata najwyraźniej przejawia cechy humanoidalne. W sensie można się z nią spotkać i w ogóle. Cóż, ludzie mają różne ksywki, no nie? Wszyscy u mnie w pracy zdawali się dobrze wiedzieć, kim jest Szmata, więc nie dopytywałam.
Tymczasem wczoraj rozmawiałam z K. sam na sam i okazało się, że… Szmata to jej przyjaciółka, która odbiła jej faceta. Lekko opadła mi szczęka, bo nigdy nie słyszałam, żeby ktoś wymawiał słowo “Szmata” w tak uroczy sposób. Mało tego, one się nie lubią, ale spotykają.

A co poza tym? Leżę w łóżku i dogorywam. I mam silne poczucie tego, że cały świat ma mnie dziś w dupie. No dobra, nie cały. Ale jakby komuś się chciało to dziś wpaść z pomarańczami dla chorej, to nie miałabym nic przeciwko.

A teraz wypadałoby iść spać, bo jutro twardo wybieram się do pracy.

Drewniany domek

Kiedy byłam mała, na piętrze pod nami mieszkała pani T. Odwiedziła nas jakoś na samym początku, niedługo po naszej przeprowadzce. Z tego co pamiętam (moja lekko plotkarska natura już wtedy dawała o sobie znać – gdy ktoś odwiedzał rodziców, bezwiednie chyba podsłuchiwałam za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju), powołała się na znajomość z całym szeregiem kobiet z rodziny matki, ze szczególnym uwzględnieniem babci. Zażyła niegdyś znajomość miała być wsparciem w kwestii, która ją do nas przywiodła – pani T. chciała pożyczyć pieniądze. Matka nie śmiała odmówić i tak już zostało – sąsiadka z parteru odwiedzała nas regularnie, bez wielkich oporów prosząc o kolejne sumy.

W zasadzie nie był to jakiś wielki problem – zawsze chodziło o kilka najwyżej złotych. Tyle, że było to uciążliwe. Nie mam pojęcia, czy pani T. oddawała swoje długi. Tak naprawdę pamiętam głównie “mam do pani taką prośbę…”.

Pewnego dnia odwiedziła nas inna sąsiadka, mieszkająca na tym samym do my piętrze. Pani K. była, jak mi się wtedy zdawało, niesamowicie stara (i wciąż żyje, kiedy odwiedzam moich rodziców, widzę ją idącą pod rękę z którąś z młodszych pań, zazwyczaj również bardzo starą) i wiedziała wszystko o wszystkich. W związku z tym przyszła poinformować moją matkę o tym, co wszyscy tak naprawdę wiedzieliśmy: że drobne, które pożyczamy pani T., nie mają tak naprawdę pomóc jej w opłaceniu drobych rachunków, ale w uzupełnić brakującą sumę do zakupu kolejnej porcji taniego alkoholu. Nie wiem tak do końca, dlaczego akurat wtedy rodzice stanowczo zerwali kontakty z panią T. Zawsze przedstawiali się jako ludzie, którzy opinię publiczną mają gdzieś.

Pani T. już nie żyje. Zginęła jakieś dziesięć lat temu w wypadku samochodowym. Byłam wtedy na wakacjach. Kiedy wróciłam, matka opowiedziała mi o tragedii jak o prawdziwej sensacji, której bardzo ważnym elementem było to, że podczas wypadku ciało pani T. rozerwało się na dwie części. Miałam potem doła większego niż po śmierci kolegi z klasy, który zginął w te same wakacje. Jego śmierci nie towarzyszyły żadne upiorne wizualizacje, może to dlatego?

Ale nie tylko z tym kojarzy mi się pani T. Był jeszcze drewniany domek.

Przyniosła go któregoś wieczoru i wręczyła mojemu ojcu, usprawiedliwiając się z jakiegoś nieuregulowanego długu. Ojciec był pod wrażeniem tego, co dostał: domek był zrobiony z zapałek, miał spadzisty dach, drzwi i okna. Szyb nie było, ale okna wyposażone były w miniaturowe zasłonki. Domek bardzo mi się spodobał i po cichu liczyłam na to, że go dostanę. Nie udało się jednak: matka była na ojca wściekła za to, że przyjął podarunek, a zapałkowy dom wylądował hen, wysoko, aż na kuchennych wiszących szafkach. Lubiłam czasami stawać na taborecie, a potem na palcach i oglądać go z trochę bliższej perspektywy. Pewnego dnia po prostu zniknął, a ja bałam się zapytać, co się z nim stało.

Tak mi się przypomniało podczas dłubania koralików.

Hm.

Jak w temacie.

:)

Zmobilizowałam się dziś do zrobienia porządków w pokoju. Trochę w ostatniej chwili, bo Kobiece Picie Wina ma się odbyć w moim pokoju dziś bezpośrednio po pracy, ale przez to zamieszanie z zaspaniem na samolot w poniedziałek rano, ciągle mi się wydaje, że jest dzień wcześniej. W związku z tym wydawało mi się, że na sprzątanie mam jeszcze dodatkową dobę.

Ale wiecie, jakie to miłe: obudzić się z myślą, że jest środa i uświadomić sobie, że to jednak już czwartek?:)))

Czuję lekki dyskomfort w związku z tym, że nie wypada mi opowiadać tutaj o różnych smaczkach związanych z pracą. Ta robota i to, co się w niej dzieje, to kwestie dla poszukiwaczy tematów na socjologiczne prace magisterskie. Niby takie rzeczy jak to, że dorośli zachowują się jak dzieci, to prawda powszechnie znana. Ale to dzięki mojej pracy zdaję sobie sprawę ze skali tego zjawiska. :)

.

Powtarzam sobie, że jeszcze tylko kilka dni. A potem dwa tygodnie pracy w normalnych godzinach.

Choć właściwie to wieczory w pracy są bardzo miłe. Zwykle jest nas dwoje albo troje na całym piętrze. Pracujemy, wymieniając się uwagami, śmiejąc i żartując. Paradoksalnie w te wieczory sama praca idzie dużo sprawniej niż za dnia. A potem, kiedy docieram poznym wieczorem do swojego pokoiku, jest jeszcze na tyle wczesnie, byc cos przeczytac, pogadac.

Mimo to w te wlasnie dni czuje sie niesamowicie samotna.

Jeszcze trzy dni tego tygodnia.

.

Do domku. Do Warszawy. Boże, jak mi się zmieniła perspektywa.

.

Nie lubię tych późnowieczornych, samotnych powrotów. Sama nie wiem skąd to: może świadomość, że nigdy nic naprawdę złego mnie nie spotkało? Nikt mnie nie napadł, a absolutnie najgorszym przypadkiem tego typu była sytuacja sprzed ponad sześciu lat, kiedy jakiś drań w tramwaju wyrwał mi z rąk komórkę i uciekł z nią wyskoczywszy z pojazdu na przystanku. Czego się zatem boję? Tego, że “zawsze musi być ten pierwszy raz”?

A może po prostu chodzi o ciemność? Lubię noc, jestem typem sowy. Nocą wszystko bardziej mnie wzrusza, nocą lepiej mi się pisze i rozmawia. Ale ogarnianie ciemności w pojedynkę wychodzi mi jakby gorzej. Kiedy byłam małą dziewczynką, potrafiłam pójść w nocy do pokoju rodziców i budzić któreś z nich z prośbą, żeby zaprowadzili mnie do ubikacji, poczekali pod drzwiami i potem odprowadzili do łóżka. Kiedy mieszkałam z D., potrafiłam jego o to prosić. Wychodziło różnie: z jednej strony uważał ten mój strach przed ciemnością za coś wzruszającego, z drugiej poszczególne sytuacje go drażniły, a ja się czułam z tą moją słabością po prostu fatalnie. Kiedy przez pół roku byłam sama w Niemczech zdarzało mi się przemykać szybko nocą do znajdującej się na korytarzu ubikacji – bo naprawdę się bałam. Teraz jest jakby lepiej: uświadomiłam sobie, że nie kojarzę ani jednej sytuacji strachu w tym domu. Ale dziś…

…Niepewność poczułam jeszcze będąc w pracy. Tuż przed wyjściem poszłam do WC i kiedy wychodziłam, miałam wrażenie, że słyszę jakiś dźwięk – jakby ktoś chodził po biurze. Przestraszyłam się: byłam jedyną osobą na piętrze, gdyby ktoś wszedł, musiałabym to słyszeć. Podeszłam do swojego biurka i z wahaniem poprzyłam na pusty kubek po herbacie. Wiedziałam, że wypadałoby go zanieść do kuchni – ale nie mogłam, po prostu nie byłam w stanie tego zrobić. Schowałam go do szuflady, zgasiłam światła i szybko zamknęłam za sobą drzwi.

Potem droga do domu. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i zadzwoniłam do mamy, choć dzień wcześniej odbyłam z rodzicami dość traumatyczną rozmowę, o ktorej wolałabym zapomnieć. Wszystko po to, żeby zagadać mój irracjonany strach.

Boję się przyszłego tygodnia. Codziennych i samotnych powrotów po 23.

Starsze wpisy »